Wtorek, 27 lipca 2010. Siedzę w pokoju na dywanie, wkładam do plecaka dwa płaszcze przeciwdeszczowe, dwie pary spodni, dwa swetry... Na sam Przystanek Woodstock zapakowałabym się w jeden plecak, do Gdańska już nie. Trudno, będę się tłukła z całą torbą wypchaną ciepłymi ubraniami. – Po co wy jedziecie do tego syfu? – mój ojciec ma na temat tej imprezy bardzo sprecyzowane poglądy. – Do tych ćpunów, żeby w łeb zarobić?
Od dłuższego czasu toczy się jakiś chocholi taniec, taniec szalony, pozbawiony resztek rozumu. Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują Polskę jako kraj ewenementu. Nie tylko dlatego, że w katastrofie lotniczej ginie ogromna część politycznej ekipy, ale również dlatego, że krajem nadal targają emocje. Najczęściej skrajne i wcale nie będące udziałem wszystkich Polaków, jak próbują przekonać opinię publiczną szukający politycznego poparcia politycy.
W ciągu ubiegłych dwóch tygodni słowa „żałoba” i „tragedia” sprały się do tego stopnia, że całkowicie przestały oddawać rzeczywisty, a przede wszystkim osobisty wymiar katastrofy w Smoleńsku. W ostatnich dniach coraz częściej pojawia się dosyć smutne pytanie – czy śmierć prawie setki przedstawicieli polskiej elity była całkowicie daremna?
Tak, bystry czytelniku, felieton będzie o Walentynkach. Uwielbiam ten dzień przede wszystkim dlatego, że w poświątecznym sezonie ogórkowym serwuje nam smaczny zlepek tematów medialnych typowych dla pozostałych świąt i stanowi nieodpartą pokusę do pustego moralizowania.
Aby tradycji stało się zadość, jak co roku wprowadziłem się w trans hipnotyczny, by odczytać dla was nagłówki artykułów, jakie pojawią się w mediach 1 stycznia 2030 roku. Oto co ciekawsze z nich :